Deviant Login Shop  Join deviantART for FREE Take the Tour
×



Details

Submitted on
November 25, 2012
File Size
21.2 KB
Mature Content
Yes
Link
Thumb

Stats

Views
280
Favourites
8 (who?)
Comments
18
×
Mature Content Filter is On
(Contains: violence/gore, strong language and ideologically sensitive material)


Taniec czas zacząć.

Armia z którą walczyli nie działała zorganizowanie, nie ustawiała się w formacje, nie planowała swoich działań. Parła do przodu, niszcząc wszystko na swojej drodze i zatrzymując się tylko wtedy, gdy już nie było nic więcej do zmasakrowania w promieniu 50 kilometrów. Nieposkromiona, nieokrzesana. Chaotyczna. Ale skuteczna aż nadto.

Jej cień widać było już na wzniesieniu kotliny w której miała się odbyć bitwa, gdy adepci Fantasme i ochotnicy z pobliskich wsi, stawili się do walki. Na przedzie dyrektor, Jacob i Notos, w drugim szeregu paladyni, dalej reszta ofensywy, która nie ruszyła na tyły wroga. Na murach wrzało od stawianych barier, przygotowywania broni palnej, wymienianych nerwowo rozkazów. Hałasy drażniły uszy, rozpraszały, kierowały wzrok tam gdzie nie powinno się zerkać. Wibrujące od potężnej magii powietrze, huk silników sterowca w górze, szczęk oręża i zamków pistoletów, zapach prochu i potu, napięta do granic możliwości atmosfera. To wszystko było tak namacalne, wywierało taki nacisk i presję, że zdawało się napinać wszystkie mięsnie, spinając je boleśnie do wyskoku, by ruszyć, już teraz, za wcześnie, jeszcze chwila, nie marnować siły za szybko, będzie jej potrzeba później, wytrzymać.

Ciężki oddech, bicie serca, ogon chodzący jak metronom, drżące od nadmiaru bodźców wąsy. Oczy ciekły mu magiczną poświatą, był gotowy.

Teraz.

Antagoniści z rykiem zaczęli staczać się jednolitą, ciemną masą do kotliny, adepci czekali, z jasnym poleceniem od McKenziego by jeszcze stać. Drżał niespokojnie, widząc jak się zbliżają. Coraz bliżej, coraz bliżej, bariery jeszcze nie postawione, sterowiec pozbawiony tłumików, tak denerwujący, zbliża się.

Kątem oka zauważył, jak dyrektor odchodzi kilka kroków w przód wypowiadając jakieś słowa, nie słuchał go, wiedział, że to już, wyskoczył gwałtownie jak sprężyna w przód rozciągając się w locie i przetaczając w podobnej człowiekowi postaci.

Ziemia za armią chaosu zadrżała i wyłonił się z niej przywrócony do życia prastary smok, strzegący jeszcze przed chwilą swymi kośćmi podziemi Fantasme, odcinając odwrót z kotliny napastnikom i siejąc popłoch na tyłach. Zamknięci w pułapce potężnego nekromanty jakim był McKenzie, okaże się później, czy z korzyścią dla nas czy dla nich.

Na razie bez broni, samą tylko iluzją i magią, kot począł siać zamieszanie, czyli to co potrafił od zawsze najlepiej. Dym, światło, iskry, jarmarczne sztuczki, jakże irytujące na co dzień, a jak zaskakująco skuteczne na polu bitwy. Tańczył między napastnikami, jak cień, nietykalny, z nieodłącznym uśmiechem na twarzy, wąsy drgały, ogon smagał ich po twarzach, kule i ostrza mijały gibkie ciało o milimetry gdy wyginał się w niewiarygodnych pozach. Zostawiał pole do popisu adeptom, nie zabijając przeciwników, tylko zostawiając ich zdezorientowanych i oszołomionych. Krokiem lekkim jak wiatr wytańczył na kawałek wolnej przestrzeni przyglądając się chaosowi, który o ironio, wprowadzał do armii chaosu.

Zastrzygł długim uchem, mimo hałasów bitwy rejestrując cichy szmer za plecami. Uskoczył od miecza i już miał zamiar zbiec, gdy zobaczył swoją napastniczkę. Niezwykle drobne dziewczę z burzą płomiennych włosów, wycofywało właśnie swój rapier, by zaatakować ponownie.
Zwęszył okazję, by chwilę odpocząć i nim zdążyła zareagować złapał ją za nadgarstek i położył drugą dłoń na jej talii.

- Pani pozwoli na jeden taniec. – poprosił kręcąc nią w szaleńczym walcu pomiędzy walczącymi parami.

Skrzywiła się zdezorientowana próbując wyszarpnąć dłoń trzymającą ostrze z silnego uścisku kota z Chesire, ale bezskutecznie.

- Taka ładna dama, a stoi po stronie Chaosu, co wy w nim widzicie moje panie. Przecież oferuje beznadziejny catering. – zaczął swobodnie wirując z nią.

Obnażyła zęby w grymasie, zamachując się wolną dłonią w jego twarz. Uniknął jej ciosu obracając ją w gwałtownym piruecie.

- Zresztą, stanie po jego stronie ma pewien znaczący mankament, jednym z podstawowych warunków pracy, jest to, że zgadzasz się na kompletne zniszczenie świata w którym nomen omen, mieszkasz moja droga. – kontynuował, wyginając ją jak w tango do tyłu, zbliżając się do jej twarzy z uśmiechem. – Szkoda takiej cudownej tancerki dla Chaosu, Bogowie naprawdę oferują lepsze…-  nie zauważył, gdy wyjęła sztylet z buta i uderzyła go nim w twarz. Puścił ją i odskoczył z kocim syczeniem, zmarszczył nos obnażając ostre zęby.

- To wysoce nieeleganckie przerywać komuś w pół słowa ma’am! – warknął dotykając odruchowo cieknącej po rozciętym policzku krwi. – A koty też mają pazurki…! - trzasnął ją w twarz otwartą dłonią zostawiając 4 równoległe szramy od kocich szponów. Odrzuciło ją, ale natychmiast podniosła się patrząc na niego nienawistnie.

- Och zamknij w końcu pysk ty popierdolony pchlarzu! – odpowiedziała mu już porządnie zirytowana lekceważeniem z jakim przeciwnik ją traktował.

Cyknął zdegustowany.

- Takie brzydkie słowa z takich ładnych ustek… - pokręcił głową tanecznym krokiem zbliżając się do nacierającej przeciwniczki. W jego dłoni mignął fioletowy blask w kształcie rapiera. Przygarnął do siebie czule dziewczę, patrząc jej w oczy.

- Dziękuję za taniec moja droga, musisz mi powiedzieć, kto cię nauczył tak się ruszać. Chętnie udałbym się na lekcje do takiego mistrza. – szeptał trzymając ją za podbródek i przekręcając powoli ostrze w jej wnętrznościach.

Charknęła krwią, próbując się odepchnąć. Złapała za jego dłoń trzymającą rapier, ale zwiotczała po chwili wbijając w niego puste spojrzenie. Z drobnych ust pociekła posoka. Wyszarpnął z jej martwego ciała broń patrząc obojętnie na trupa, który upadł bezgłośnie.

- Wybacz. Królowa Kier i Lady Red byłyby zazdrosne, jeśli nasz romans trwałby dłużej. –westchnął jakby z żalem.

Rozejrzał się dookoła lustrując szybko sytuację, gdy już zdołał złapać oddech. Różnice w siłach były znaczące, ale adepci radzili sobie całkiem nieźle. No i pięćdziesięciometrowy kościany pupil dyrektora też się całkiem dobrze bawił przerzedzając znacząco siły na tyłach. Kocur wywinął młyńca rapierem i skinął głową usatysfakcjonowany sytuacją na polu bitwy. Zniknął wycofując się z walki. Przemykał się niewidoczny podcinając wrogów i oślepiając futrzastym ogonem po oczach, kradnąc im bezcenne w walce sekundy na reakcję. Dotarł na mury pojawiając się za plecami strzelców.

- Witam moją ulubioną rzeźbę fontannową~ - przywitał się uprzejmie zaplatając ręce za plecami.

Młody Bucketson drgnął i w ostatniej chwili złapał swoją wyrzutnię, która byłaby mu się ześlizgnęła z muru. Spojrzał ze zmarszczonym czołem na kocura, z oczami skrytymi za ciemnymi goglami. Kot złapał go za ręce i przekręcił trochę broń.

- Celuj tam. Łucznicy i magowie dystansowi. I nekromanci za drzewami~ - uśmiechnął się ujmująco nie dając mu szansy na odpowiedź.

Coś łomotnęło potężnie nad ich głowami, kocur położył po sobie wrażliwe uszy przestraszywszy się odgłosu. Wszyscy skierowali wzrok na płonący sterowiec walący się na pole bitwy. Dookoła rozległy się radosne okrzyki, zestrzelili go! Jedno zagrożenie mniej! Na murach wybuchła mała euforia.

Powoli podniósł z powrotem uszy uśmiechając się coraz szerzej mimo promieniującego bólem policzka. Wypowiedział bezgłośne „tak” z satysfakcją i spojrzał ponownie na pole bitwy. Skrytobójcy z Irmą i vice dyrem właśnie uderzyli do ataku. Stał tak przyglądając się jak w dole rozgrywającej się potyczce, marnując drogocenne chwile na bezczynność. Zamrugał kilkakrotnie trzeźwiejąc i odrywając wzrok od wojennego tańca. Wyminął jednego z braci Merhuanesów upychającego w bombach dymnych jakąś podejrzaną substancję z drewnianych skrzyń. Użył ich jak schodków wspinając się na sam szczyt strażnicy, skąd miał jeszcze lepszy widok. Dłonie zmieniły się po chwili w kocie łapki i moment później, stał w swej pełnej Chesirzej okazałości obserwując drogi ewakuacji. Wyglądało na to, że nie potrzeba im pomocy z jego strony.

Strażnica zadrżała gwałtownie podobnie jak większość budynków Fantasme. Z orzeźwiającym zapachem ozonu, dookoła miasteczka zaczęła się unosić potężna bariera magiczna, jej generator musieli uruchomić ochotnicy, którzy zeszli do podziemi. Wspaniale, coraz lepiej, damy radę, uda się! Zjechał w dół jak po niewidzialnej linie, włączając się znów w walkę. Zauważył nagły odwrót u części armii chaosu, jakby przestraszyli się jakiegoś widoku i na kilka milisekund pozwolił sobie zerknąć w tamtą stronę. W pierwszej chwili nie zobaczył nic, ale zaraz dostrzegł Izandra, młodego iluzjonistę ze skupieniem na twarzy. Żałował chwilę, że będąc kotem nie może zobaczyć co stworzył, że wywołało taki popłoch wśród oddziałów wroga. Zajęło mu to parę chwil za dużo.

Poczuł przeszywający ból i wyleciał kilka metrów od miejsca w którym się na chwilę zatrzymał, jęknął oszołomiony mrugając gwałtownie, chcąc pozbyć się podwójnego obrazu. Zerwał się na łapy trochę za szybko i zatoczył się klnąc na swoją drobniutką sylwetkę, która na pewno nie robiła z niego dobrego wojownika. Wycofywał się powoli gdy zauważył swojego napastnika, potężnie zbudowanego czarnoksiężnika z okrutnym uśmiechem igrającym na ustach.

Za szybko, za dużo osób dookoła, jeśli zrobię coś jemu i nasi ucierpią. Trzeba go gdzieś wyciągnąć i grać na zwłokę.

- Witam pana, czy miałby pan czas porozmawiać o Bogach Elet? Czy wie pan, że nadchodzi koniec świata? – zaczął unosząc brwi i cały czas cofając się w las.

- Wiem –zarechotał tworząc w dłoniach kulę ciemnej energii – bo sam go sprowadzę. – cisnął w ziemię kulą przed nogami kota.

Teraz wiedział co go uderzyło, gdy piach i rozszarpana darń obsypała go od stóp do głów. Prychnął uciekając na drzewo.

- Hej kici kici kiciii. - syczał mag podchodząc do niego, rozciągnąwszy w dłoniach brzęczącą złowieszczo falę energetyczną.

Kot przeszedł parę gałęzi drzewami w głąb lasu, uśmiechając się do niego uroczo w odpowiedzi, gdy podążał za nim.

- V-N-V-D-V-C ?

W powietrzu zabrzmiało pytanie które zbiło z tropu czarnoksiężnika.

- Co? – odpowiedział pytaniem odwracając się w stronę bulgotliwego głosu.

Wyżlin oblizał się radośnie i złapał macką za nogę maga. Kot z przyjemnością przyglądał się, gdy z wrzaskiem sunął po ziemi, łapiąc się rozpaczliwie wystających korzeni drzew.

- Veni Vidi Vici mój drogi. A nie kici kici. – zachichotał – Smacznego przyjacielu~ - pozdrowił roślinę, która wydawała się być niezwykle usatysfakcjonowana posiłkiem.

Wrócił pędem do kotliny i w samą porę, bo jedno z dziewcząt w mundurze Fantasme właśnie miało stracić głowę, nieświadome prostackiego ataku z tyłu. Wskoczył na ramiona przeciwnika, wywracając go siłą zaskoczenia i zniknął. Sali patrzyła chwilę zdezorientowana na napastnika, którego nie zauważyła w ferworze walki z innym. Ten wstał i otrzepał się, poprawiając w absurdalny w tej sytuacji pedancki sposób, porwany mundur. Wskazał na miejsce poniżej żeber palcem, uśmiechając się miło.

- Ten gatunek ma serce w innym miejscu moja droga.

Demonica wpatrywała się  w niego z miną sugerującą kompletne oszołomienie. Żołnierz chaosu westchnął.

- Nie poznajesz wujka Demachosa? No już, dźgnij go w tym miejscu. – polecił odsłaniając wskazane miejsce.

-… Jasne. – pokiwała w końcu głową i z krzykiem zamierzyła się Nullem. Nim uderzyła, kot umknął zostawiając właściciela ciała na pastwę losu. Którego w sumie za dużo mu już nie zostało.

Ku swojej rozpaczy stwierdził, że zaczyna się męczyć i to znacznie. Taneczne kroki nabrały ciężaru, sztuczki nie miały już swojego polotu i szybkości, uniki nie były tak zręczne. Nawet kot z Chesire ma jakąś określoną wytrzymałość, która właśnie dobiegała kresu. Rozejrzał się po pchnięciu kolejnego przeciwnika wprost na ostre i rozgrzane od płonących gazów żebra szkieletu sterowca.

Nie było lepiej. Było gorzej. Patrząc realnie, mimo umiejętności, było ich dużo mniej. O wiele za mało. Siły też przecież mieli ograniczeniu, nas jest nie cała setka, ich prawie tysiąc. Jest coraz gorzej. Khayvan i Sali przepadli w chmurze dymu jakiejś wiedźmy, Malik zemdlał ciśnięty na drzewo, Jacob i Notos w furii odpierali ataki osłaniając sobie nawzajem plecy. Taris i Cass też chyba zaczynali mieć problemy, podobnie jak Lichi która wdała się w bójkę z czarownicą. Słyszał swoje walące serce i krew szumiącą w uszach, rana na policzku pulsowała, wąsy drżały jak w szaleńczych konwulsjach. Zwinął się, by ostatni raz stać się dziś człowiekiem. Smoczysko dyrektora zaczęło tracić na sile swoich ciosów i jeśli to właściwe określenie wobec kogoś kto nie żyje, McKenzie też nie wyglądał najlepiej. Ścisnął w dłoni swój rapier wykuty na zamku Królowej Kier i myślał gorączkowo tnąc wszystkich wrogów w zasięgu wzroku, już nie po to by zabić, gdyż na to zbrakło sił, tylko by ranić.

Jest coraz gorzej.

Nagle przyszedł mu do głowy pomysł tak surrealny, że może skuteczny. Ciął swojego obecnego przeciwnika w tętnicę szyjną i uśmiechając się szeroko ruszył wprost pod nogi drakolisza. Biegł ile tchu w płucach i sił w zmęczonych nogach w sobie tylko znane miejsce.

Jednak będzie lepiej.

Zdawać by się mogło, że sytuacja robi się beznadziejna, wielka cześć wojowników po stronie dobra, była albo zbyt wycieńczona by dalej skutecznie się bronić, lub ciężko ranna. Chaos nie zwracał na takie sprawy uwagi, atakowali póki byli w stanie utrzymać w dłoniach broń i ustać. Na murach kończyła się amunicja i energia do utrzymywania osłon, dodatkowo trzeba się było zająć cywilami, którzy właśnie dotarli do Fantasme.

Nagle nad wyniesieniem kotliny rozległ się odgłos bojowego rogu i odpowiadający na niego krzykopisk, ściągając uwagę wszystkich. Ku polu bitwy wylała się nagle piszcząca fala wysokości 15 centymetrów, przemieszana ze stadem wyjących Lupus Spinous ujeżdżanych przez szaleńczo dzielne wojownicze chomiki. Runęły na wrogów tnąc ich na poziomie kostek i pozostając poza zasięgiem mieczy z racji swego wzrostu, wilki zaś rozszarpywały bezlitośnie antagonistów na strzępy przy akompaniamencie triumfalnych pisków chomików. Powietrzny oddział gryzoni lecący na sokołach i jastrzębiach zrzucał swoje rozwścieczone, gryzące i tnące wściekle jednostki na głowy niczego nie spodziewających się żołnierzy. Na niebie rozpętało prawdziwe piekło, gdy oprócz chomików pojawiły się tam pierwsze oznaki bytności panny z bagien, Majowego wiatru, który ciskał z góry ostrymi jak szkło drzazgami i piaskiem.

Korzystając z zaskoczenia, jakie wywołały nietypowe posiłki, Fantasme złapało drugi oddech i przystąpiło znów do ataku.

Kot z euforią obserwował, jak wroga armia topnieje w oczach, lub ucieka w popłochu chcąc zachować swój nędzny żywot. Uśmiech znów wpełzł mu powoli na spierzchnięte usta.

Wygraliśmy.

Naprawdę.

Skurczył się w sobie zmieniając się znów w kota. Poczuł nagłą słabość w chudych łapkach, które nie były w stanie utrzymać już nawet jego marnego ciężaru. Siłą woli wytrzymał w pionie rozglądając się dookoła. Pstryknął palcami i resztką sił magicznych, teleportował z pola bitwy do Fantasme, tych którzy nie byli w stanie już sami się tam dostać. Adrenalina właśnie rozkładała się w jego ciele, zostawiając po sobie pamiątkę w postaci nieprzyjemnego drżenia wszystkich mięśni. Nie był pewien czy sam zdoła się tam dowlec, ale to nie miało już znaczenia. Nikt nie zginął. Dali radę. Wygrali.

Poczuł po chwili odrętwienie policzka i niemożność zaprzestania uśmiechania się. Dotknął ranki, która powinna była dawno się zasklepić. Polizał łapę w kocim odruchu.

-… Oh… Trucizna. – pokiwał łebkiem i zemdlał.

Koniec tańca.
TL;DR

Demachos jest Garym Stue i okazuje się, że tak na prawdę to on wygrał tę bitwę swoimi genialnymi pomysłami %D


A tak serio, uwielbiam pisać z perspektywy Demachosa, więc musicie się nastawić na to, że będzie dużo Demowego spamu w opowiadaniach. Często. Niestety :'DDDD

Pełna wielkość Previev: [link]


Demachos(c)~punki123
reszta postaci (c) ich właściciele

:iconfantasmecollege:

Sammowe dodam jutro po egzaminie z teorii na prawko którego nie zdam U-U''
Add a Comment:
 
:iconinesthedudette:
InesTheDudette Featured By Owner Nov 26, 2012  Hobbyist Digital Artist
KOCHAM TO TAK BARDZO ŻE NIE POTRAFIĘ WIĘCEJ NAPISAĆ
Reply
:iconpunki123:
punki123 Featured By Owner Dec 6, 2012  Student Traditional Artist
DZIĘKUJĘ QUQ
Reply
:icondreameranimal:
DreamerAnimal Featured By Owner Nov 26, 2012  Hobbyist Digital Artist
Czekam na pierwsze wydanie książki"Fantasme College" z autografem autorki i odciskiem łapki Demachosa owo
TEN FRAGMENT BYŁ EEEEPPPPPICCCKKKIIIII
Reply
:iconpunki123:
punki123 Featured By Owner Dec 6, 2012  Student Traditional Artist
@-@ nie chciałabym nigdy ingerować w czyjeś postacie, a jest ich tyle, że źle bym się czuła podpisując się nazwiskiem pod ich kreacjami @A@'' a tego się nie da uniknąć w książce ._.'' może powstanie komiks, ale książka raczej nigdy niestety UvU''
Reply
:icondreameranimal:
DreamerAnimal Featured By Owner Dec 6, 2012  Hobbyist Digital Artist
A szkoda :< masz talent literacki
No ale skoro jest szansa na komiks nie jest źle ;)
Reply
:iconpunki123:
punki123 Featured By Owner Dec 6, 2012  Student Traditional Artist
Dziękuję ;u; inne opowiadania i książki piszę >u>'
Reply
:iconavahollic:
Avahollic Featured By Owner Nov 26, 2012  Hobbyist Digital Artist
Demachos hero of the day! >XDDD No i chomiki! powinniśmy im postawić pomnik w Fantasme xD
Reply
:iconpunki123:
punki123 Featured By Owner Dec 17, 2012  Student Traditional Artist
No pewnie że tak 8D
Reply
:iconavahollic:
Avahollic Featured By Owner Dec 17, 2012  Hobbyist Digital Artist
Od razu świeto walecznego chomika i biba! z kolowrotkami, ziarnami i innymi chomiczymi przysmakami |DDD*
Reply
:iconmegan-uosiu:
Megan-Uosiu Featured By Owner Nov 26, 2012
No to C.D.: [link] ~! xD
Reply
Add a Comment: